Disco polo to już nie tylko męska muzyka

basta

Przez ćwierć wieku muzyka disco polo uznawana była za typowo męski gatunek. Wyjątkiem potwierdzającym regułę była Shazza, którą w latach swojej świetności stawiano niemal na równi z takimi wykonawcami jak Boys czy Bayer Full. Gdy jednak Królowa Disco zeszła ze sceny, przez lata z trudem było szukać jej następczyni. Udało się to dopiero Evie Basta, która nie tylko udowodniła, że nie ma ludzi niezastąpionych ale i pokazała kobietom, że te również mogą osiągnąć sukces w tej muzyce. Eva, choć nie miała z początku łatwo, przetarła szlaki i otworzyła drzwi do kariery swoim koleżankom po fachu. Dowód? Ogromna popularność żeńskich zespołów i wciąż powstające nowe! Rynek jeszcze nigdy nie był tak kolorowy.

Wystarczy przejść się do klubu, włączyć radio grające disco polo czy sprawdzić popularność teledysków w serwisie YouTube, by przekonać się, że mężczyźni już dawno przestali samodzielnie panować na scenie tej muzyki. Takie zespoły jak Camasutra, Top Girls, Exaited czy Piękni i Młodzi z wokalem Magdy Narożnej to ścisła branżowa czołówka a takie hity jak „Porwij mnie”, „Mleczko”, „Dziś Ci to powiem” czy „Niewiara” na stałe zapisały się na kartach historii polskiej muzyki rozrywkowej.

Zdolne kobiety co prawda od zawsze przewijały się przez tą część sceny, jednak z całym szacunkiem nie można powiedzieć o nich, że zawojowały rynek. Do dziś urzeka mnie wokal Marzanny Zrajkowskiej, która wraz z zespołem Kolor tworzyła jedne z najbardziej nastrojowych piosenek w historii disco polo. Wielki sentyment mam do Elwiry Mejk, posiadaczki cudownego głosu, który w utworze „Daj nam czas” wywołuje ciarki na całym ciele. Etna zaś potrafi zauroczyć nie tylko muzycznymi produkcjami ale przede wszystkim swoją dojrzałą, piękną i inteligentną osobą.

Dlaczego zatem jeszcze parę lat temu tylko wspomniana wcześniej Shazza mogła cieszyć się statusem wielkiej gwiazdy disco polo? Dlaczego ta muzyka przez tyle lat była domeną mężczyzn? Nie potrafię zliczyć ile razy zadawałem sobie to pytanie i ile razy pozostało ono bez odpowiedzi.
– Być może kiedyś kobietom brakowało pewności siebie. Być może rynek disco polo sprzed 20 lat był znacznie bardziej surowym środowiskiem pracy, w którym dużo trudniej było odnaleźć się paniom – mówi mi Mariusz Jasionowicz, znany fanom jako Marioo.

Coś w tym jest. Wydaje się zatem, że wszystko zaczęło się zmieniać przy lub też za udziałem Evy Basta, którą swego czasu media okrzyknęły nową Królową Disco Polo. Sukces przyniósł jej jednak nie tylko upór i konsekwencja ale i szczęście bo z momentem, w którym ta sympatyczna artystka zaczęła wspinać się na szczyt, lepiej trafić nie mogła.

– Rynek muzyczny nie lubi jednolitości. Przede wszystkim z tego powodu rynek disco polo jak I fani gatunku zaczęli doskonale przyswajać, a wręcz chłonąć wszystkie pojawiające się na rynku wykonawczynie – dodaje Marioo.

Rynek, choć coraz bardziej ciasny, dla Pań stoi wciąż otworem. Nie ma w nim przesytu i póki co, z dość sporym zaciekawieniem śledzę to, co się na nim dzieję. Nie czuć jeszcze w tym przesytu i pełnego skomercjalizowania tak jak w przypadku męskiej części artystów. Bardziej zabawę i szukanie swojego kawałka sceny na tym dużym rynku. Ten jest na to otwarty, zwłaszcza że artystkom ciekawych pomysłów nie brakuje, o czym świadczą kolejne znakomite produkcje i pojawiające się nowe zespoły.

– Dzisiaj jest dużo zespołów, ale ja zawsze robię swoje, nie patrzę na innych. Słyszałam, że jak nie masz znajomości lub kasy to nie będzie ci łatwo. Trudno, mi wystarczy wsparcie które mam w rodzicach i bezinteresownych przyjaciółkach. Nie zakładałam zespołu dla pieniędzy. Robię to co kocham – przyznaje wokalistka Energy Girls, Paulia, która swoją autorską produkcją zadebiutowała w branży początkiem tego roku.

– Mam nadzieję, że muzyka, którą tworzymy spodoba się odbiorcom. To będzie największa satysfakcja dla nas –

Reklamy

Geniusz branży disco polo

mm

Król disco polo jest tylko jeden i nie jest nim wcale Zenek Martyniuk, który od kilku lat przeżywa swoje pięć minut. Królem, anim tym bardziej cesarzem disco polo nie jest Sławomir Świerzyński z zespołu Bayer Full, który całej Polsce wcisnął kit o sukcesie swojej grupy w Chinach. Królem disco polo jest człowiek, który na samym szczycie popularności jest od 25 lat, czyli prawie tyle ile istnieje sam gatunek. Marcin Miller, bo o nim mowa, jak mało kto przyczynił się do rozwoju a także wzrostu popularności disco polo. Człowiek, którego twarz i głos znają wszyscy Polacy, dziś obchodzi swoje 48 urodziny i wydaje się, że już dawno nie był w tak doskonałej formie i to nie tylko muzycznej.

To, że Marcin od samego początku wiedział jak zabrać się do tej muzyki było widać od pierwszych publicznych występów grupy. Zespół się wyróżniał, miał „to coś”, co sprawiało, że systematycznie stawał się coraz bardziej popularny i rozpoznawalny w kręgach lokalnych. Miller wielokrotnie w wywiadach powtarzał, że zakładając zespół nigdy nie myślał nawet o tym żeby nagrać własny materiał, zrealizować teledysk czy nawet wystąpić w telewizji. Rosnąca popularność zespołu Boys doprowadziła jednak do tego, że to o czym lider i wokalista grupy nawet nie marzył, przyszło wkrótce samo. Upór i talent doprowadziły Marcina i spółkę do wydania pierwszego albumu „Dziewczyna z marzeń”, który przyniósł pierwszy mega hit pt. „Wolność”. Dziś znają go przecież wszyscy, od młodego do starego!

Tak zaczęła się tworzyć legenda Marcina Millera i zespołu Boys, który ze swoim charakterystycznym wokalem w dość krótkim czasie wyrósł na jedną z największych gwiazd tego gatunku. „Chłopcy” kropkę nad „” postawili numerem „Jesteś szalona”, który wybrany został Hitem Wszech czasów Disco Polo. Całkowicie zasłużenie. Nie było jednak hitu, gdyby nie genialny zmysł Millera. Utwór światło dzienne ujrzał w roku 1992, a jego twórcą i pierwotnym wykonawcą był Janusz Konopla z zespołu Mirage. Piosenka przeszła jednak zupełnie bez echa aż do roku 1997. Miller od dawna miał pomysł na ten numer i gdy przedstawił go Polsce, ta oszalała na punkcie „Szalonej”.

Rok ten w kartach historii muzyki disco polo a w zasadzie i nie tylko, zapisał się również z innego względu. Wtedy też powstał w Polsce pierwszy, prawdziwy boysband! Tak, mowa tu oczywiście o zespole Boys, który odłożył instrumenty (keyboard) na bok i zaczął tworzyć na scenie prawdziwe taneczne show. W ślad za poszły zespoły konkurencyjne. Pomysł to i zasługa rzecz jasna Marcina Millera, który spełniając kolejne marzenie totalnie zrewolucjonizował muzykę disco polo. Sam tym zaczął się na scenie ruszać i do tej pory wychodzi mu to naprawdę dobrze.

Tak jak poszukiwanie młodych talentów. Dziś, przeżywając swoją drugą młodość zajmuje się nie tylko występami na scenie. Prowadzona przez niego agencja artystyczna Diamond Music ma swoich. W ich produkcjach ciężko doszukać się słabych punktów, a w oczy i uszy rzuca się artystyczna dojrzałość, na co szczególną uwagę musi kłaść sam Marcin Miller, który z takim samym sercem musiał podejść do swojej najnowszej płyty. Tak dobrego materiału Boys nie słyszałem już od wielu, wielu lat… Marcinie, w dniu Twoich urodzin, życzę Cię tylko tak dobrych piosenek!

Kiedy coming out w disco polo?

Kiedy coming out w disco polo?

Sportowcy, politycy, aktorzy, celebryci, dziennikarze, muzycy. Wśród wszystkich znajdziemy osoby o odmiennej orientacji seksualnej. Wśród wszystkich znajdziemy tych, którzy zdecydowali się na publiczny coming out. Choć w zdecydowanej większości dotyczy to zachodnich sław, które łamią wszelkie schematy dot. chociażby geja w kapeli metalowej czy piłkarza, to Polacy wydają się powoli dorastać do tak wielkiej odwagi cywilnej. Prawdę mówiąc robią to w czasach kiedy społeczeństwo już tak nie ekscytuje się kolejnymi newsami dot. czyjejś orientacji. Skoro dożyliśmy do takich czasów, to zastanawia mnie kiedy poznamy pierwszego homoseksualistę w muzyce disco polo i jakie będą tego skutki?

Piękne kobiety w teledyskach, piękne kobiety na koncertach i… po koncertach. Życie gwiazdy disco polo wydaje się nie mieć minusów. Gdzie się człowiek nie obejrzy, otacza go płeć piękna gotowa na wszystko. Legendy opowiadające o tym, co dzieje się za tzw. kulisami koncertów są po części prawdziwe, co tym bardziej daje zwykłemu Kowalskiemu powód do zazdrości. Są jednak tacy artyści, którym takie pokusy nie straszne.

– W środowisku disco polo są obecni homoseksualiści. Większość osób w branży doskonale wie, kto jest gejem – mówi mi Adam Begier, właściciel jednego z portali disco polo.

To prawda. Scena muzyki disco polo mimo mnóstwa występujących zespołów wydaje się być mała a ludzie związani z tą sceną zamknięci w hermetycznej grupie. Wszyscy więc wiedzą o sobie wszystko, albo prawie wszystko. Wygląda jednak na to, że nikt nikomu do łóżka nie zagląda i nie papla jęzorem na prawo i lewo. To też jest pewien atut tej grupy, którą za nic nie interesują się paparazzi i plotkarskie media.

Skoro wiadomo już, że takowi homoseksualiści w branży są, to dlaczego jeszcze żaden nie zdecydował się na oficjalny coming out?

– Mysle że nie byłoby to jakieś wielkie halo – mówi Justyna Banasik, właścicielka kanału NawrotkaTv w serwisie YouTube. Jej zdanie podziela Begier, który dodaje, że „Taka wiadomość nie wpłynęła by na branżę i postrzegania takich osób”. Skoro oboje wydają się mieć rację podzielając tym samym moje zdanie, to co stoi na przeszkodzie by pokazać swoje prawdziwe „Ja”? Walka o koncerty jest zacięta, nikt zatem nie chce pokusić się o 5 minut sławy?

Karierę zrobili gorsi

Karierę zrobili gorsi

Wielokrotnie powtarzałem, że w polskiej muzyce rozrywkowej, karierę nie zawsze robiły zespoły, które na to zasłużyły. Serce boli tym bardziej, że dziś media wręcz molestują nasze uszy artystami mało utalentowanymi, podczas gdy na ich miejscu powinni znaleźć się inni. Ci posiadający „to coś”. Talent jednak to nie wszystko. Liczy się pomysł, sposób prezentacji swojej muzycznej wizji, czas i forma w jakiej artysta próbuje trafić do słuchacza, cierpliwość czy też po prostu pieniądze i znajomości. Na dobrą sprawę mógłbym wymienić jedynie te dwa ostatnie czynniki, które nie tylko w naszym rodzimym disco polo odgrywają znaczącą rolę. Nie bez winy są też słuchacze, którzy dają sobie wcisnąć kicz i tandetę, przechodząc zupełnie obojętnie obok muzyki przez duże „M”.

Postanowiłem zrobić krótką listę zespołów, których produkcje spełniały wszelkiego kryteria muzyki przez duże „M”. Zespoły te miały papiery na sukces. Wśród nich są takie i takie z talentem i z pomysłem i z „tym czymś” . Każdy z ze słuchaczy i czytelników może według własnego sumienia odpowiedzieć sobie na pytanie dlaczego o tych zespołach już nie słyszymy. Jakie powody by to nie były i jak różne byłyby Wasze opinie, to z pewnością na liście tej znalazły się formacje, których obecnie bardzo brakuje na rynku, a jeśli są to na pewno nie w tym miejscu, gdzie być powinny. Podkreślę jeszcze, że lista ta powinna być znacznie dłuższa…

Magness
Zespół na rynku disco polo pojawił się przed sześcioma laty. Jego historia sięga jednak roku 1998, kiedy to zaczął grywać na wszelkiego rodzaju imprezach okolicznościowych. Po wielu latach zbierania doświadczenia scenicznego, Kętrzyńska grupa jako jedna z wielu tego typu formacji muzycznych, postanowiła postawić krok dalej i zaprezentować się szerszemu gronu słuchaczy. Tak oto powstały takie single jak „Głowę unieś i walcz”, „Wakacje na mazurach” czy „Chcę z Tobą być”, a wkrótce na pośrednictwem Wydawnictwa Muzycznego Poparazzi cały album zatytułowany „Zawsze będziesz obok mnie”. Chwilę później słuch po nich zaginął. Zespół wrócił do korzeni i w chwili obecnej zobaczyć można go wyłącznie na imprezach okolicznościowych. Szkoda, gdyż produkcje Magness (choć niewiele ich było) charakteryzowały się niezwykłą dojrzałością i wielką klasą. Paweł Brzoza i spółka potrafili w ambitny sposób zainteresować słuchacza i „zmusić” go do tupania nóżką.

Strych
Takiego zespołu jak ten, od dawna nie było wśród wykonawców disco polo. Pojawili się nagle i od razu zrobili wokół siebie spore zamieszanie. Grupa, która na pierwszy rzut oka gra „coś cięższego”, wypuszcza na rynek produkcje łatwe, lekkie i przyjemne a na dodatek inne niż te, którymi raczą nas pozostali. Dodając do tego wokal nie do podrobienia, otrzymujemy jeden z najgorętszych debiutów ostatnich lat, doskonale sprawdzający się w produkcjach tanecznych oraz w balladach. Niestety 5 minut Strychu miało miejsce 5 lat temu i nie przerodziło się w minut 10. Hrubieszowska formacja zostawiła po sobie kilka znakomitych produkcji „Jak na imię mam”, „Dziewczyna którą masz” czy „Jesienna miłość”. Muzycy w październiku przypomnieli o sobie nastrojowym utworem „Jedno słowo Tak” dając nam nadzieję, że jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa. Oby!

West
Młody, zdolny i z szansą na wielką karierę. Tak przed siedmioma laty mówiło się o Szczepanie Krasowskim, który zaistniał pod nazwą West. Już jego pierwszy teledysk do utworu „Nauczyłaś kochać mnie” dał nam do zrozumienia, że mamy do czynienia z niebanalnym artystą, przyszłością disco polo. Rzeczywistość okazała się brutalniejsza. Po wydaniu bardzo dobrej płyty „W każdą noc” zawierającej tak świetne produkcje jak „Zadzwonię ostatni raz” czy „Karolina”, West nagle zniknął i pewne jest, że już nie wróci. Sam Szczepan tematu disco polo unika jak ognia i nie chce zabierać głosu w sprawie swojej przygody z tą muzyką. Można tylko domyślać się dlaczego…

Megam
– My nadal jesteśmy na rynku, z tym że gramy tylko imprezy okolicznościowe – powiedział mi kilka tygodni temu Przemysław Kostro, 1/2 formacji Megam. Kolejny przykład niewykorzystanego potencjału, który drzemie w tym zespole. Lider i wokalista Marek Kozłowski to posiadacz jednego z najbardziej charakterystycznych i jednocześnie najlepszych wokali w branży. Zanim założył Megam można było usłyszeć go min. w zespole Mega Dance. Przed laty, już w swojej formacji muzycznej stworzył kilka znakomitych piosenek, wśród których znalazł się hit „Pomarańczowe lato”. Album „Zasada przyciągania” należał do jednych z najlepszych wydanych materiałów w ostatnich latach i mimo, że zespół znacząco przywiązywał uwagę do jakości swoich produkcji, począwszy od utworów a kończąc na teledyskach, to nigdy nie udało mu się wskoczyć na sam szczyt discopolowej hierarchii. Być może właśnie to zdecydowało o tym, że grupa postanowiła schować się w cień.

Time
Zespół, który początkiem XXI wieku stworzył takie przeboje jak „Telegram”, „Powiedz mi powiedz”, „Bez słów i łez” czy „Łzy rozstania” będące powiewem świeżości na podupadającym i tak już rynku. Choć pozycja naszej rodzimej muzyki tanecznej znacząco osłabła, grupie Time na dobre udało się zapisać w pamięci fanów, którzy poczynania Marka Szurpika i spółki bacznie śledzili przez kolejne lata. Dziś zostały jedynie wspomnienia. Grupa od kilku lat nie wypuściła na rynek nowej produkcji i wydaje się, że całkowicie skupiła się na oprawie wesel i innych imprez okolicznościowych. Potencjał ma jednak znacznie większy.

– Wokaliści z których się kiedyś brało przykład i na ich piosenkach szlifowało wokal – powiedział Krzysztof Makowiecki, wokalista zespołu Tropic, w odniesieniu właśnie min. do Marka Szurpika.

Exell
Tak szalonej, niekonwencjonalnej, nietuzinkowej… No można by tak wymieniać i wymieniać. Jednym zdaniem, tak oryginalnej kapeli na rynku polskiej muzyki rozrywkowej chyba nigdy nie było. Choć w swym repertuarze mają utwory poważne i ambitne to fani pokochali ich za piosenkę „Skibi dip” opowiadającą o… No sami musicie tego posłuchać. W każdym bądź razie po sukcesie jaki zespół osiągnął końcem lat 90., słuch po nim zaginął, by po dłuższej przerwie wrócić ze zdwojoną siłą. Cztery lata temu u boku Artura Maciejewskiego, głównego wariata w zespole Exell, pojawiła się Magdalena Kusiak, wokalistka obdarzona niesamowitym głosem. To właśnie z nią zespół ponownie przypomniał o sobie szerszemu gronu słuchaczy za sprawą utworów „Bez miłości”, „Nie bój się”, „Cofnąć czas”, „Lubię Cię”, „Mam wolną chatę”, „Na ranczo” i „Z każdej strony ja”. Choć obok produkcji fani nie przeszli obojętnie i zyskały one niemałe wyświetlenia w serwisie YouTube, to jednak czegoś zabrakło, by Exell wskoczył na top. Wierzę jednak, że pomysłowość Artura się nie wyczerpała i wkrótce znów czymś zaskoczy odbiorców, którzy muszą wreszcie znudzić się masówkami jakimi zasypuje rynek zdecydowana większość kapel.

Disco polo: Produkcja na masową skalę

Disco polo: Produkcja na masową skalę

Czasy, w których na nowy singiel ulubionego artysty czekało się kilka długich miesięcy minęły bezpowrotnie. Dziś, w dobie pękającego w szwach worka z zespołami wykonującymi muzykę z nurtu dance i disco polo, ci artyści nie mogą sobie pozwolić na zbyt długą przerwę w płodzeniu nowych muzycznych dzieci. Choćby utwór był nie wiadomo jak dobry, by przetrwać i istnieć w świadomości słuchaczy, trzeba systematycznie serwować im nowe produkcje. Tempo jest spore, a jak nie nadążasz to nie istniejesz.

Na samym wstępie warto zaznaczyć, że wykonawcy muzyki disco polo od zawsze bili na głowę swoich kolegów po fachu pod względem ilości realizowanych produkcji. W pionierskich czasach tego gatunku, na 365 dni w roku na jeden zespół wypadała przeważnie jedna (a bywało, że i więcej) płyta promowana przynajmniej dwoma teledyskami. Jako, że dziś płyt się nie wydaje, bo nikt ich nie kupuje, cały proces sprowadza się do promowania swojej nazwy poprzez realizacje teledysków. Jeden po drugim.

Główny wpływ na tą masową produkcję ma konkurencja wśród zespołów. Tych wciąż przybywa i nie ważne, czy są one godne uwagi czy zupełnie niewarte zainteresowania. Ważne, że wprowadzają na rynek swoje produkty, które chcąc nie chcąc w jakimś stopniu do odbiorców trafiają. Ci, choć praktycznie nigdy nie mogli narzekać na brak wyboru, dziś mają naprawdę w czym przebierać.

Jako pierwszy, w jednym z wywiadów oficjalnie powiedział o tym lider zespołu D-Bomb, Bartek Padyasek, który jest jednym z ostatnich artystów, którzy dostosowali się do panujących obecnie trendów. Zespół ten przecież jeszcze jakiś czas temu należał do bardzo wąskiego grona tych, na które utwory po prostu się czekało. Wystarczy spojrzeć na przerwę między płytą „…jak narkotyk” z 2006 roku, a pierwszym singlem zapowiadającym album „Lubię kiedy”. To przecież 7 lat! Dziś D-Bomb co rusz serwuje fanom coś nowego.

Nie wszystkich jednak pochłonęło szaleńcze tempo produkcji utworów. Najlepszym przykładem jest formacja Skaner, która wydaje się być totalnie poza tym wszystkim. Robert Sasinowski swój ostatni teledysk wydał w 2015 roku i wcale nie przeszkadza mu to w graniu sporej ilości koncertów.

Chciałbym zaznaczyć, że wcale nie widzę nic złego w tym, że co chwile w sieci pojawia się coś nowego. Wydaje mi się jednak, że te produkcje byłyby cenniejsze gdyby nie przeciskały się w tym ogromnym tłoku produkcji dobrych i miernych. Wszystko znów sprowadza się do tego z jaką łatwością dziś można pokazać się szerszemu gronu słuchaczy. Tak jak zawsze drzwi na rynek disco polo stały przed każdym szeroko otwarte, tak dziś prowadzi do nich mnóstwo znaków informacyjnych. Brakuje selekcji… Powielane schematy męczą. Magia muzyki znika.

Polacy kupili chiński Bayer (Full)

Polacy kupili chiński Bayer (Full)

Prawda wyszła na jaw! To, w co wierzyło niemałe grono fanów zespołu Bayer Full oraz słuchaczy disco polo, a w co powątpiewali dziennikarze i znawcy rynku, faktycznie okazało się totalną ściemą. Jedna z najstarszych kapel polskiej muzyki rozrywkowej, wbrew temu, co ogłosiła w mediach kilka lat temu, nie odniosła żadnego sukcesu w Chinach!

Jakiś czas temu mainstreamowe media dumnie, bądź też nie, informowały o tym, że twórca hitów „Majteczki w kropeczki”, „Blondyneczka” czy „Wszyscy Polacy” znalazł kolejną, kilkuminutową rzeszę odbiorców. Tymi mieli okazać się Chińczycy, którzy wedle zapewnień lidera i wokalisty zespołu Sławomira Świerzyńskiego, oszaleli na jego punkcie. Jak prawie 7 lat temu informował Newsweek, wszystko miało zacząć się całkiem przypadkowo i niewinnie.

Bayer Full w powrotnej drodze z koncertów w Australii zatrzymał się na chwilę w Hongkongu. Większość zespołu po męczących występach odpoczywała w hotelu, ale Sławek chciał się trochę rozerwać i ruszył w miasto zobaczyć, jak się bawi Azja. Bawiła się świetnie, bo akurat świętowano chiński Nowy Rok. W całym mieście pełno imprez, koncertów i dyskotek. Odwiedził kilka knajp, spróbował chińskiej wódki i trafił na imprezę do klubu studenckiego. Klub miał scenę, na której stały syntezator, gitara i mikrofon. Mógł tam występować każdy, kto miał ochotę. Sławek akurat chciał zaśpiewać „Majteczki w kropeczki”, więc złapał gitarę i zagrał Chińczykom największy hit polskich wesel. Publiczności spodobało się tak, że ze sceny wypuściła go dopiero po kilku kolejnych szlagierach. Wychodząc z klubu, rozdał parę płyt Bayer Fulla, które miał przy sobie, ale po powrocie do Polski o całym zamieszaniu szybko zapomniał.

Bardzo się więc zdziwił, kiedy rok temu dostał e-mail z Chin z wiadomością, że ich piosenki grane są w dyskotekach w całym kraju i przedstawiciele chińskiej wytwórni muzycznej chcieliby nawiązać współpracę. Sławek pomyślał sobie, że z wariatami lepiej nie rozmawiać i wyrzucił wiadomość do kosza. Ale po miesiącu Chińczycy napisali znowu i zaproponowali spotkanie w Warszawie. Okazało się, że rozdane w Hongkongu płyty trafiły do kilku najpopularniejszych DJ-ów i zrobiły furorę. Chińczycy mieli prosty pomysł na wykorzystanie tej popularności: Bayer Full miał nagrać parę piosenek na potrzeby ich rynku. Takich jak te polskie, czyli wyrywających każdego na parkiet, tyle że w chińskiej stylistyce, żeby tamtejsza ludność też mogła poczuć dobrze nam znaną biesiadną swojskość. Dali Sławkowi kilka chińskich piosenek i poprosili, żeby coś do tego zaśpiewał. Pół roku zajęło mu oswajanie się ze wschodnią melodyką, ale Chińczykom efekty bardzo się spodobały. Zaczęli szukać kogoś, kto mógłby piosenki Bayer Fulla zaśpiewać po chińsku, ale okazało się, że w całym półtoramiliardowym społeczeństwie nie ma nikogo, kto miałby głos tak dobry jak Sławek. Zaproponowali mu więc, żeby spróbował nauczyć się chińskiego.

Zespół rozpoczął nauki, a co za tym idzie, przygotowania do zrealizowania pierwszej w jego historii piosenki disco polo w języku chińskim. Ta wkrótce z kilkoma innymi miała złożyć się na pierwszą płytę, która docelowo w Chinach miała rozejść się w milionach egzemplarzy.

Tak oto na dożynkach w polskich wsiach Bayer Full zaczął śpiewać chińskie „Majteczki w kropeczki”. Podczas wywiadów w telewizji równie chętnie chwalił się znajomością tego języka oraz nową wersją swojego wielkiego przeboju. Mało, kto w tym czasie zastanawiał się nad tym pokryciem słów lidera zespołu. W Internecie niemożliwe było doszukanie się filmów czy chociażby zdjęć z koncertów danych Azjatom i szału jaki mieli okazywać na widok Polaków.

Ci, którzy wierzyli w sukces polskiego disco w Chinach, już wiedzą dlaczego nie można było go zobaczyć. Nie można przecież zobaczyć, czegoś, czego nie ma i nie było! W sieci prawdziwą furę robi film Weroniki Truszczyńskiej, Polki mieszkającej na co dzień w Szanghaju, która raz na zawsze obaliła ten kiepski mit.

Choć w zasadzie nie stało się nic wielkiego to fani mogą czuć się okłamani, a nieskazitelny dotąd wizerunek grupy, nieco zachwiany. Osobiście uważam, że śpiewanie na koncertach w Polsce piosenek w języku chińskim to delikatnie mówiąc faux pas i żaden powód do dumy.

Cześć, tu Sławomir!

Cześć, tu Sławomir!

Jeszcze trzy lata temu kariera Sławomira Zapały opierała się głównie na występach w teatrze oraz epizodycznych i drugoplanowych rolach w polskich serialach i filmach. Dziś jego życie wygląda zupełnie inaczej. Dziś stoją za nim dziesiątki tysięcy fanów uwielbiających jego niebanalne poczucie humoru oraz znakomity głos. Cechy, którymi otworzył sobie drzwi do wielkiej kariery. Tą przypieczętował wydaną właśnie płytą.

Po raz pierwszy słynne już przywitanie „Cześć, tu Sławomir” mogliśmy usłyszeć 24 lutego 2014 roku, kiedy to w sieci, na oficjalnym kanale artysty pojawił się pierwszy film z jego udziałem. Już wtedy dowiedzieliśmy się, że nagrywa utwór w zaprzyjaźnionym studio na Long Island, którego wątek wspominany jest do dziś. Bo to właśnie w Stanach Zjednoczonych zaczęła się kariera Sławomira, który w charakterystyczny dla siebie sposób opowiadał o popularności jaką zyskał wśród kierowców ciężarówek.

Tym prawdopodobnie do gustu przypadł pierwszy oficjalny singiel Zapały, zatytułowany „Megiera”. To właśnie nim, wspomnianym już poczuciem humoru oraz wykreowanym wizerunkiem, którego w Polsce jeszcze nie było, Sławomir kontynuował wędrówkę na szczyt popularności, który osiągnął po premierze teledysku do swojego pierwszego utworu. Obowiązkowo trzeba podkreślić, że w obsadzie klipu znaleźli się Ewa Kasprzyk, Lech Dyblik, Krzysztof Kiersznowski oraz Witold Dębicki – elita polskiej sceny aktorskiej.

No i wtedy zaczęło się na dobre. Sławomir z mało znanego aktora i początkującego wokalisty, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów, którego notowania kolejny raz urosły po legendarnej już wypowiedzi w programie „Pytanie na śniadanie”.

Sławomir bywał, pojawiał się i bawił. By jednak nie zostać zaszufladkowanym jako telewizyjny śmieszek, tworzył to, na czym mu zależało najbardziej. Muzykę i to na prawdę na wysokim poziomie. Muzykę, którą ochrzcił rock-polo i jak się okazało, był to kolejny strzał w dziesiątkę. Artysta bezboleśnie balansował między szlachetnym brzmieniem rocka a tanecznym i wesołym disco polo, co zaowocowało singlem „Ni mom hektara” a następnie „Aneta” z gościnnym udziałem grupy Vox.

Aż w końcu przyszedł czas na płytę… Na jej wydanie Sławomir potrzebował 33 tysięcy złotych. Postawił na crowfunding. W zamian za płytę, gadżety czy nawet wspólne wypicie pół litra wódki, fani ofiarowali mu… przeszło 55 tysięcy, czego polski crowfunding jeszcze nie widział.

A polska scena muzyczna nie widziała jeszcze takiej płyty, jaka właśnie trafiła do sprzedaży. Album „The Greatest Hits”, który już w preorderze stał się bestellerem sieci Empik, zawiera 11 dopieszczonych rock-polowych kawałków porywających nogi do tańca i wywołujących uśmiech na twarzy. Ale i nie tylko! Na krążku znalazły się utwory, których nie powstydziłby się żaden wielki artysta. Utwory przywołujące wspomnienia, wprowadzające w stan zamyślenia, nostalgii, utwory z duszą! Z prawdziwą duszą od prawdziwego artysty.

Bo takim właśnie jest Sławomir. Człowiek, który udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych i warto gonić swe marzenia. Warto być po prostu sobą. Zapała nikogo nie udaje. Jest tym samym Sławomirem w „Tańcu z gwiazdami”, „Twoja twarz brzmi znajomo”, na scenie w Sopocie czy w filmach na swoim kanale na YouTube. W dniu wydania swojej znakomitej płyty jest tym samym Sławomirem, którego przeszło trzy lata temu zobaczyliśmy po raz pierwszy w studiu na Long Island.